Kołysanka dla Księżniczki
 
  Strona startowa
  Co można tu znaleźć?
  Słowa Słowa Słowa - debiut Boże Narodzenie 2020
  BajDusie - tomik wydany : kwiecień 2022
  Rozmowa Świąteczna: 21 grudnia 2016
  Bezkres - 10.2020 - wywiad
  Wnet.fm - wywiady MiŚ
  Z Ewangelii do Serca
  From the Gospel to Heart
  Świadectwa z rekolekcji
  Dziękuję Duchu Święty
  Malowanie Słowem 23.01.2015
  skrobki 2004 - 2021
  skrobki 1987 - 2002
  Skrobki - opowieści
  => Sługa Miecza
  => Opowieść o smoku
  => Planety
  => Wyprawa But-tiki
  => Mity i legendy
  => Warsztaty w Kaczym Bagnie
  => Smoleńsk 10.4.2010
  => Ave Caesar !!
  => Mad CatHatter
  => Sobieszewo 4.2004 Wielkanoc
  => Po drugiej stronie lustra
  => Takoż...
  => DALI i ja
  Wąż na Jabłoni
  Szamanka i Olivki
  Sewe Songs Book
  Księga gości
  Kontakt
  Zagadki... dla Przedszkolaka
  Prawa Autorskie
Opowieść o smoku

 
 
 
 
„Opowieść o Smoku”
 
 
 
 
 
 
I.
 
 
Jego cień budzi w ludziach trwogę.
Jego głos włos na głowach jeży.
Więc kto żyw, śmierć jemu szykuje,
Każdy rycerski chce się z nim zmierzyć.
 
Ze stron wszelkich ku Górze Ognia
Ciągną w zbroje obuci młodzieńcy
Każdy pragnie potwora pokonać,
I zasłużyć na chwały dźwięki.
 
Ponoć potwór ogniem ziejący
Spustoszenie po wioskach czyni
Trzodę ludziom kradnie, morduje,
Od poprzedniej jesieni i zimy.
 
Wokół Ognia Góry potężnej
Już nikt z ludzie tam ponoć nie mieszka,
Bo to na niej stwór gniazdo zbudował,
I na domy ich spadał z powietrza.
 
Opowieści w oberży słyszałem
O tym stworze co z nieba spada.
Więc ruszyłem historię tą spisać
O potworze opowieść zbadać.
 
18/10/2006
S.K.T.
 
 
 
II.
 
 
Po tygodniu podróży przez lasy
Szczyt potężny pokazał się w dali,
Choć w niejednym miejscu już byłem,
Oczy pierwszy raz taki widziały.
 
Z każdym krokiem obraz się zmieniał,
Jak grot strzały w górę wzniesiony,
Coraz większy podziw dla piękna
Z jakim został przez stwórcę stworzony.
 
Rys szarpany kamieni brzegami,
Co dla końskich kopyt mordęgą
Strumieniami licznymi pocięty,
Swoje oczom odkrywał piękno.
 
Zbocza niegdyś lasem pokryte
Wyszarpane potężną siła,
Wyobraźni tylko potęga
Może pojąć co tu się zdarzyło.
 
A poniżej Ognistej Góry
Liczne pola i chat szkielety,
W których niegdyś dzieci mieszkały,
I ważyły obiad kobiety.
 
Popalone niemal doszczętnie
Po zagrodach, chlewikach ostatki
Gdzie mężczyźni trzody swej strzegli,
Ale nie miał dla nich stwór łaski.
 
A w tym wszystkim jest jedna chata,
Tak odmienna od wszystkich wokół.
Jakby strach w jej oknach nie mieszkał,
Przyklejona przy samym zboczu.
 
Tam więc pójdę, spytam gościnę,
Może ktoś ugości wędrowca,
Nie myślałem, że kiedy tu dotrę,
Będzie dane mi kogoś spotkać.
 
18/10/2006
S.K.T.
 
 
 
III.
 
 
Blask kominka, syczenie drewna,
Ciepła strawa, przemiły człowiek,
Przygarbiony życia ciężarem
Taką oto snuje opowieść:
 
Był tu spokój jeszcze rok temu
Wioska życiem wesołym tętniła,
Aż ta bestią istota nazwana
Tam na samym się szczycie zjawiła.
 
Dzieci licznie wśród domów biegały,
Śmiech radosny wiatr echem unosił,
Wszędzie świnie i owce się pasły,
Dobre były tu ludzkie losy.
 
Kiedyś w nocy odgłos okropny
Niemal wszystkich na nogi postawił.
Wtedy właśnie to przybysz z góry
Po raz pierwszy w wiosce się zjawił.
 
Ziemia nagle cała zadrżała,
Jego głosem ze snu wytrącona,
Kilka owiec z zagrody zniknęło.
A zagroda została zniszczona.
 
Połamane zagrody belki
W okno chaty wpadły pobliskiej,
I mieszkańców chaty przestraszył,
Zeń mieszkańcy wybiegli z piskiem.
 
Rano inny obraz mieszkańcy
Tej uroczej dostrzegli doliny.
Tam gdzie była zniszczona zagroda,
Łap się ślady ogromne jawiły.
 
Tak potężne, że cały człowiek
Się w pazura śladzie mógł zmieścić,
A na jednej łapy odcisku
Wszyscy z wioski się mogli pomieścić.
 
Przez kolejne noce stwór wracał,
I kolejne zagrody rujnował.
A strach większy w ludziach się budził,
Wszyscy chcieli dobytek ratować.
 
Wymyślili, że ruszą na górę,
W dzień, bo potwór się wtedy nie zjawia.
Czas wybrano, broń szykowano.
Śmiałków grupa się w wiosce zebrała.
 
A gdy kogut porankiem zapiał;
Konie wzięli i wozem ruszyli,
Krętą drogą, na szczyt, po potwora
Pełni werwy, do walki siły.
 
I ja z nimi tam wędrowałem,
By powstrzymać to dziwne stworzenie,
Które nocą nas napadało,
I niszczyło dobytek i ziemię.
 
A przecież nie tylko zagrody,
Lecz domy potwór też niszczył
Więc każdy kto z nas tam wędrował
O życie się troszczył najbliższych.
 
Kamienie, drzewa, konary,
Strumienie oraz wąwozy,
Przez które z ogromnym trudem
Musieli przejść ludzie i wozy.
 
Nie jeden mało nie zleciał
Z wąskiej ścieżki pod szczytem,
Cud był to niemal prawdziwy,
Że każdy zachował życie.
 
Że ludzie oraz zwierzęta
Które swój grzbiet użyczyły
Nie zlękły się trudu wspinaczki
I razem do celu dążyli.
 
Droga tak była mozolna.
Dopiero ze zmierzchu nadejściem
Skończyła się owa wędrówka
Na szczyt góry naszym wejściem.
 
18/10/2006
S.K.T.
 
 
IV.
 
 
Co oczy nasze ujrzały
To z nas się nikomu nie śniło.
Dwie pary oczu zielonych
Z dwóch głów się na nas patrzyło.
 
Kamienne miały oblicza,
Pyski długie i wąskie;
A na nich nozdrza potężne,
Siarką w oddechy pachnące.
 
Na głowach kostne wyrostki,
Ostre i niebezpieczne.
I chociaż to były potwory
To wyglądały bajecznie.
 
Szyje długie i giętkie
Łuską od góry pokryte,
Wznosiły głowy do góry
I ich dostojne oblicze.
 
A zaraz za szyi końcami
Dwa tułowia siedziały
Przy których szerokie łapy
O skały się opierały.
 
Na jednym tułowiu były
Kości jak te na głowie,
Które na naszą obecność
Zrobiły się fioletowe.
 
I skrzydła tuż obok kości
Ze skóry pół przezroczystej
Bić o ziemie zaczęły
By zdmuchnąć nas wiatru świstem.
 
Więc się rozbiegliśmy za skały,
Wozy ledwo zdążyły,
Bo skrzydła jak żagle ogromne
Z siłą ogromną biły.
 
Drugi grzbiet zaś był płaski,
Tylko pokryty łuską,
Która w promieniach słońca
Blask odbijały jak lustro.
 
A skrzydła na owym grzbiecie
Leżały równo złożone.
Przy brzuchu ziemi sięgały,
I się stykały z ogonem.
 
A zaraz pod brzuchem który
Do ziemi mocno przylegał
Jaj pięciu końce widniały,
Na których ten olbrzym siedział.
 
I wtedy to zrozumiałem
Czemu nas potwór nachodzi.
On strawę dla matki zdobywał
Która czekała narodzin.
 
Szepnąłem, byśmy wracali,
I wioskę swą porzucili,
Lecz inni wokół krzyczeli
Byśmy potwory zabili.
 
I nagle kilku młodzianów
Z okrzykiem do przodu wybiegło,
I potwór pyska otwarciem
Im ogniem uczynił piekło!
 
Wzleciał do góry nad nas
I nas zaatakował
Każdy do kogo się zbliżał
Uciec w popłochu próbował.
 
Więc strzelać do niego zaczęli
Ci z drugiej co byli strony,
Łuki swe napinali
By potwór skierował się do nich.
 
Ogonem więc w nich uderzył
Kilku zmiażdżył jak muchy,
Słychać było wyraźnie
Łamanych kości dźwięk głuchy.
 
Inni zaś wyruszyli
Na tego drugiego potwora
Który leżał zmęczony
I wcale nie atakował.
 
Potwór widzą ich miecze
W siebie ostrzami zwrócone
Na łapach z trudem się podniósł,
Jaja przykrywszy ogonem.
 
Zębami kłapać próbował
Bo ogniem nie umiał zionąć,
A widząc krzyczących ludzi
Minę miał przerażoną.
 
I już nie mogąc się bronić
Kroki dwa zrobił do tyłu.
I zboczem w przepaść poleciał,
Bo miejsca za nim nie było.
 
Drzewa pękały pod nim
Korzenie piach wyrzucały
A ludzie na jaja ruszyli
Na wozy je pakowali.
 
Bo potwór który zajadle
Przed ludzi atakiem się bronił
Ze zbocza w dół poszybował,
By damę swoją dogonić.
 
A kiedy ciało jej dostrzegł
Na drzew pniach rozszarpane;
W naszą stronę się rzucił,
By zemście się oddać krwawej.
 
Lecz nie mógł nas wcale sięgnąć
Pomiędzy gęstwiną drzew
Powietrze całe się trzęsło
Niosąc rozpaczy śpiew.
 
Czasem łapą próbował
Gdy w wąwóz ze skał wjechaliśmy
Lecz nie mógł nas wcale dosięgnąć
Bo zbyt głęboko byliśmy.
 
Wzniósł się i gdzieś poleciał,
Cień jego zniknął w oddali,
A wszyscy radosnym krzykiem
Zwycięstwo zaczęli chwalić.
 
Dumni do wioski szliśmy,
Jaja mając na wozach.
Już prawie w dolinę zeszliśmy,
Gdy nagle pojawił się pożar.
 
Łuna czerwona z oddali
Się naszym oczom jawiła,
To nasze płonęły domostwa!
Wioska się cała paliła!
 
Jakież to przerażenie
Na naszych twarzach powstało,
Bo plan był zupełnie inny,
Tak stać się przecież nie miało!
 
Nasze żony i dzieci,
Same tam i bezbronne!
Skrzydeł podmuchem gniecione
Strasznym palone ogniem!
 
Ogonu ciężarem domostwa
W ziemię miękką wbijane;
A nasze owce i świnie,
Na strzępy porozrywane!
 
Nie było dla nas sposobu
By do nich dostrzec i pomóc.
Ni ściana nie pozostała
Z ani jednego domu.
 
Wszystkie zagrody rozbite.
Rodziny wymordowane.
A śmierci zadanie bestii
Nie było nam wtedy dane!
 
Bo zanim do wioski szczątków
Nasz orszak strudzony dotarł
Potwór już hen daleko
Skrzydłami swymi łopotał.
 
Dziewięciu nas pozostało
Dziewięciu wdowców i sierot.
By bestię odnaleźć i zabić
Wspólną decyzję podjęło.
 
Lecz bestii gdzie było szukać?
W którą udać się stronę?
Cztery to świata strony
Zostały więc wyznaczone.
 
I cztery wozy ruszyły
Na wozie śmiałków zaś dwóch,
Jajo ze sobą zabrali,
By potwór znaleźć ich mógł.
 
Ja zaś tu pozostałem
Jaja jedno pilnując.
Zagrodę i dom zbudowałem.
Potwora na niebie wpatrując.
 
19/10/2006
S.K.T.
 
V.
 
 
Tak oto poznałem historię
Smutną, pełną goryczy,
I chciałem już owym śmiałkom
Śmierci potwora życzyć.
 
Lecz ten który mnie ugościł
Takie mi słowa przekazał:
Że gdyby spotkał potwora,
To zabić by go nie kazał.
 
Mogliśmy wioskę opuścić,
Nowy dom znaleźć sobie,
Dobytek swój pozostawić,
Rodziny ocalić swoje.
 
Bo przecież jest tyle miejsca
Tyle jest lasów i pól,
Każdy by mógł w nich znaleźć
Miejsce na nowy dom swój.
 
A teraz nic oprócz zemsty
W swoich sercach nie mamy.
I nawet gdy potwór zginie,
To dalej będziemy sami.
 
Więc jeśli tu potwór wróci,
Ja obiecałem sobie,
Że oddam jemu to jajo,
I wszystko co mogę zrobię,
 
By tutaj już on pozostał,
Na Górze Ognia jak przedtem,
By tylko tu na tym niebie
Skrzydłami przecinał powietrze.
 
Nie owce moje zabija,
Niech on ma swoją rodzinę,
Będzie też moją rodziną,
Gdy moja rodzina nie żyje.
 
19/10/2006
S.K.T
 
 
KONIEC


 
czas....  
   
Stronę odwiedziło już 41859 odwiedzający (75169 wejścia) :)
Ta strona internetowa została utworzona bezpłatnie pod adresem Stronygratis.pl. Czy chcesz też mieć własną stronę internetową?
Darmowa rejestracja