Kołysanka dla Księżniczki
 
  Strona startowa
  Co można tu znaleźć?
  Słowa Słowa Słowa - debiut Boże Narodzenie 2020
  BajDusie - tomik wydany : kwiecień 2022
  Rozmowa Świąteczna: 21 grudnia 2016
  Bezkres - 10.2020 - wywiad
  Wnet.fm - wywiady MiŚ
  Z Ewangelii do Serca
  From the Gospel to Heart
  Świadectwa z rekolekcji
  Dziękuję Duchu Święty
  Malowanie Słowem 23.01.2015
  skrobki 2004 - 2021
  skrobki 1987 - 2002
  Skrobki - opowieści
  => Sługa Miecza
  => Opowieść o smoku
  => Planety
  => Wyprawa But-tiki
  => Mity i legendy
  => Warsztaty w Kaczym Bagnie
  => Smoleńsk 10.4.2010
  => Ave Caesar !!
  => Mad CatHatter
  => Sobieszewo 4.2004 Wielkanoc
  => Po drugiej stronie lustra
  => Takoż...
  => DALI i ja
  Wąż na Jabłoni
  Szamanka i Olivki
  Sewe Songs Book
  Księga gości
  Kontakt
  Zagadki... dla Przedszkolaka
  Prawa Autorskie
Takoż...

 
 
 
 
 
 
 
‘Takoż...’
 
 
Czyli historia szlachecka w trzech wierszach:
 
 
-         Drogi Przyjacielu!
 
 
-         Głowy urwanie!
 
 
-         Oj biada!
 
 
 
 
 
 
 
 
" Drogi Przyjacielu''
 
 
 
 
Pewność, że dotrę do Ciebie przed zmierzchem
 
Konia mojego wypadek zamącił,
Otóż gdy drogą jechałem przez knieje
Gałąź podmuch wiatru pod kopyta strącił.
Koń spłoszył się srogo i chcąc dęba stanąć
Na kamień nastąpił wielce nie ostrożnie
Na skutek czego, ku mojej rozpaczy
Ścięgno nadwerężył i znacznie kuleje
I Ci opisuję co się tutaj dzieje.
 
Izba niczym w mroku gwiazd ciche mruganie
Skąpo w świec ogniki jest wyposażona,
Z czego wniosek takowy jeden mi przychodzi,
Że ów karczmarz to sknera i skuza handlowa,
Co przejezdnych szlachciców z gotówki ogołoci.
Jeno blask kominka i zapach cielęcia
Do zostania tutaj na wieczerz zachęca.
A że głód okropny kiszki moje drąży
Na nocleg zostanę i dla czasu formy
Wina się napiję nim się upiec zdąży.
 
Jest wasz mości paru, co wnioski te same
Co ja wyciągają, z ich min odczytuję,
Że w oberży także na nocleg zostaną,
Więc może z nimi nad czymś poraduję.
Widzę że rozmowę nad czymś srogą toczą,
Bitewne to czyny lub kobiet podboje,
Jeno takie sprawy trunkowi sprzyjają,
Pójdę do nich z kielichem i opowiem swoje.
Prawdaż, nie zbyt wiele bitew wszelkich
Dłoń ma w życiu moim dotąd nie toczyła,
Lecz nic nie zaszkodzi wyobraźnią ruszyć,
By tym bykom pól wszelkich krwi trochę upiła.
 
Takoż idę, podchodzę, słowa w locie łapię,
O wyczynach rycerza bez miecza u boku,
Co się chwali że giermkiem był samego księcia,
Ja mu na to: żonę jego miewam raz do roku.
A że prawdy w tym niema ni krzyny najmniejszej,
W mig dorzucam: mało brakowało byłbym jego zięciem.
Zdębieli, wszyscy na raz, zamilkli w pół słowa,
Patrząc na mnie jak gdyby półboga ujrzeli,
A w mych myślach historia jest dalej gotowa,
Czekam, pewnie spytać jakiś zaraz się ośmieli.
 
Doprawdy?, słyszę nagle, duby wasz mość smalisz,
Toć znam osobiście córkę jegomości,
W oczach jego widzę, żar ognia go pali;
Ona cnotę swą ceni nad wszystkie świętości.
To prawda, powiadam, bardziej niźli złoto,
Niż skrzynie diamentów i strojów ornaty.
Za nie do alkowy wpuści cię z ochotą.
Uczucia jej zawsze sprzyjają bogatym.
Tu rycerz ów zaciekle jej wdzięków broniący,
Na równe nogi zza stołu się zrywa;
Jeśli jeszcze jedną obelgę na nią powiesz,
Wiatr na haku przed karczmą będzie mógł cię kiwać!
I miecza dobywszy na mnie wnet uderza,
Zachciało mi się rozrywki...., nie takiej!
Jeśli z nim do walki za chwilę nie stanę,
To na wieki ludzie nazwą mnie łajdakiem.
 
Zła była to chwila, oj zła przyjacielu,
Ja byłem tam jeden,
On miał kumpli wielu.
Zgraja jakowej nigdzie nie uraczysz,
Zaraz łeb mi utną,
Tyle mnie zobaczysz.
Więc bronię się twardo, najlepiej jak umiem,
Zaczynam przepraszać,
Niby nie rozumiem,
A o którą to damę w ogóle się rozchodzi,
Po co nam umierać,
Obaj żeśmy młodzi,
Uściślijmy swe zdania, nim głowy polecą,
Nim któryś z nas obu
Zostanie usieczon.
Przebóg!...
Miecz swój opuścił, lec mierzy mnie wzrokiem,
Czy nań nie uderzę,
Czy nie pójdę bokiem.
Ja stoję,
Oddech ciężki z płuc mych grzmi w gospodzie,
Dzban sięgam ze stołu, przybliżam ku sobie
Pot z czoła ocieram; pragnąc podejść w zgodzie
Ust końce umaczam w chłodnym słodkim winie,
Dłoń wyciągam, do niego,
Gniew mu może minie.
 
Ty o której córce mówisz wasz mość, pytam,
Tej co ma policzki od słońca różowe,
Czy tej co posiada w oczach blask księżyca?
Wszak rodzina to wielka, więc spór ten odroczym,
Siądźmy tu spokojnie po dwóch ławy stronach,
Wszak potrafisz opisać usta, włosy, oczy.
Takoż zaczął śpiewnie o jej wdziękach prawić,
Ze słów jego było słychać, że to anioł.
Karczmarz nawet wina na stół nam postawił,
Każdy rycerz chciałby u jej boku stanąć.
Żal mi się zrobiło młodzieńca owego,
Że me niecne żarty w serce cierń wbijały,
Po ramieniu klepiąc podszedłem do niego,
Mości dobrodzieju, nie znam twojej damy.
 
Tu odejść chciałem, lecz mi nie pozwolił,
Dłoń silną, waleczną, do mnie wyciągając,
Proszę, usiądź przy mnie, zostań gościem moim,
Cielak już się piecze, zaraz będzie zając.
Takoż i zostałem z nimi na wieczerzy,
Doprawdy, zabawna z nich jest kompanija,
Pozwól, razem ze mną do ciebie przybierzy,
Niechaj ich wizycie twa osoba sprzyja.
 
 
09.03.2000
Seweryn Krzysztof Topczewski
 
 
 
 
" Głowy urwanie''
 
 
 
 
Drogi przyjacielu,
 
Głowy urwanie z tymi kompanami.
Dalej bym dotarł na piechotę idąc
Niż razem z nimi konia dosiadając.
Brać to wesoła i nad serce dobra,
Ale ma głowy słabe do uciech,
Co tylko karczmę zobaczy, przystaje,
A ja nie mogę im od tego uciec..
Patrzą się na mnie uważnie, i krzyczą,
Gdy tylko wspomnę, że musze wędrować.
Gotowi nawet są mnie z konia zrzucić,
Byle bym tylko wraz z nimi wędrował.
 
Ponoć to wszystko dla tego młodzieńca,
Z którym to wcześniej na polu stawałem,
Bo za dni parę ożenek jest przed nim,
A przyjaciele tak go wciąż żegnają.
I ja nie mogę mu teraz odmówić
Towarzystwa swego w tej ostatniej drodze,
Kompanija mówi, że on dlań stracony,
Bo przez żonę rygor ma być nałożony.
 
Takoż w każdej karczmie piją i śpiewają,
Żeby towarzysza pożegnać z honorem,
Co krok wielki obraz swej żałości dają,
W winie i kobietach topiąc smutki swoje.
Trudna na to rada, kiedy towarzysze
Rozpaczy więcej mają niż „skazany”,
On ma na twarzy jeden wielki uśmiech,
Nie gardzi winem, lecz gardzi damami.
I tu żałość największa w kompaniji braci,
Że się ustatkował, i że już przed ślubem,
Jakoż niemowlęcia do kielichów płaczą,
Że na swoją głowę uszykował zgubę.
 
Rad nie rad i ja sięgam po pucharu czarę
W której dna nie widać, choć mocno się staram,
Mówię im – kamraci, miejcie zmiłowanie,
Toć jutro trza przeca w drogę ruszyć dalej.
Lecz to nie pomaga, im bliżej do zamku
Tym bracie więcej piją i śpią noc nad szklanką.
Huczne to chłopiska, oj huczne mój drogi,
Choć w belę pijani – nie pomylą drogi,.
Twardo się trzymają i drogi i konia,
By kroku dotrzymać muszę więc markować,
To piję, to wylewam by w głowę nie poszło,
Bo by się przydała jak głaz mieć ją mocną;
Pod stołem mam chyba kielichy ze cztery,
A oni wciąż świeży i piją cholery!
I chcą się siłować, za barki się biorą,
Mówią, że każdego kto podlezie spiorą.
 
Ławy połamali, świece wywrócili,
A karczmarza za bety na hak powiesili!
Takie to kamraty jak z dziczy spuszczone,
Kąsają co popadnie za tą przyszłą żonę.
A brać cała w karczmie śpiewem im wtóruje,
Cała ta sytuacja bardzo ich raduje.
Dziewki krzyczą i piszczą, gdy ją który sztura,
Potem do komnaty dają razem nura.
Tak noc prawie całą drogi przyjacielu,
W tym ferworze walki z ław spadło już wielu.
Rano kubeł wody pewnie ich ocuci,
A karczmarz zdjęty z haka za drzwi ich wyrzuci.
 
Takoż to się teraz bawi kamrać nasza
Nie to co było w naszych młodych czasach.
Ideały jakieś, cele, lub marzenia;
Teraz jeno głowy mają do bawienia.
A mnie ta zabawa całkiem już znużyła,
No i dalej pisać nie jestem na siłach,
Takoż pójdę zaznam choć snu chwilek parę,
By od rana świeżym ruszyć w drogę dalej.
29.03.2000
Seweryn Krzysztof Topczewski
 
 
 
 
" Oj biada!”
 
 
 
Wielka biada!
Kara za wsze czasy!
Zbójcy nas napadli,
Złupili pod lasem!
Tak waleczne głowy
Po nocnych udrękach,
Teraz, gdy trza walczyć,
Broń im zadrży w rękach.
Doszczętnie nas złupili, do cna, do talara,
Oddać trzeba było co w kieszeni szparach.
 
Trzech zbójców napadło na chłopu dziesięciu
I cień tylko został po nocnym zacięciu!
A wczoraj rządzili jak kogut w kurniku,
A dzisiaj oddali co mieli bez krzyku.
I ja też oddałem, co mogłem uczynić,
Sam jeden to nie mam na trzech zbójów siły.
Zabrali sakiewki, sygnety, klejnoty,
I konie zabrali, więc idziem piechotą,
A trzeba do zamku nam dotrzeć przed zmierzchem,
Bo biedny młodzieniec rozmyśli się jeszcze,
Lub panna nie zechce takiego biedaka,
Co zamiast w jedwabiach jest w stroju żebraka.
 
A czyja to wina? Zapytam w rozpaczy;
Czy ktoś mi odpowie, wyjaśnić mi raczy?
Głowizny spuścili i milczą jak śledzie,
Na moje pytanie nic nie chcą powiedzieć.
Po krzakach się kryją, by nikt nie zobaczył,
I bluźnią pod nosem okropnie z rozpaczy.
Teraz za późno na żale i smutki,
Jak kto tyle pije – to ma rozum krótki.
Teraz trzeba mocno głową kombinować
Jak się przed oczami innych ludzi chować.
Teraz w kalesonach trzeba paradować,
A do tego ciężka od pijaństwa głowa.
 
A suszy w gardziołach, słońce w oczy pali,
Jeszcze parę kroków, a żar nas powali.
Za wody kropelkę oddałbym szlachectwo,
(Choć w obecnej formie wygląda dość kiepsko),
I nikt go nie zechce bez butów i konia,
Więc na tym pustkowiu z pragnienia mam skonać?
Prze Bóg, na mą wiarę, na wszystkie świętości,
Gdy wody dostanę od win będę pościł,
I pójdę w pielgrzymce aż do Ziemi Świętej,
Tylko drogi Boże, niech tutaj nie zdechnę...
 
A cóż to w oddali niczym arka płonie,
Czy mam zwidy jakoweś, czy to widzę konie?
Jeźdźcy jacyś ...Panowie! Nadchodzi ZBAWIENIE!
Jeśli wzrok mnie myli, niech będę jeleniem!
Takoż się zerwali na nogi kamraci,
Stoją piersi prężą, choć przeca bez gaci.
Trochę wiatr prostotę ich swym tchnieniem chyli,
Mocno uważają, by się nie zwalili.
I ja z nimi razem, jak w pianinie struna.
Nad jeźdźcami tymi słońca blasku łuna.
Coraz bliżej i bliżej, słychać końskie chrapy,
A nam od pijaństwa wciąż się chwieją łapy.
 
Przebóg! Niech się ziemia pod nami rozstąpi,
To dama z którą młodzian ślubu ma dostąpić!
Patrzy na nas i śmiechem wybucha ogromnym,
Bo z postaci naszych widok ma wyborny.
Zsiada z konia, podchodzi, młodziana całuje...
Jakże Boże drogi ona go miłuje!
Potem służbie każe dać nam nasze szaty,
(to nie zbóje byli, ale jej żołdacy!),
Taki fortel... Lisica o oczach gołębia,
Dała nam nauczkę, każdy popamięta!
Nie dziwota, że mnie za jej wdzięki słodkie
Szablą swoją młodzian chciał z łba zerwać czapkę.
 
Po takich przygodach z nauką w pamięci,
Wielki i wspaniały ślub się jutro świeci.
Będą od przepychu stoły się słaniały,
A ja nimi pewnie brzuch napełnię cały,
I wina popije, chociaż przyrzekałem,
Bo za zdrowie młodych nie pić jest skandalem.
Dobrze że takowy koniec tej historii
Trochę było wstydu, lecz teraz w euforii,
Zdrowia! Zdrowia! – Krzyczę – Wiwat Państwo Młodzi!
Niech im co dzień słońce wschodzi i zachodzi!
Takoż za dni kilka w drogę dalszą ruszę,
W końcu i do ciebie przeca dotrzeć muszę.
Już na karczmy żadne nie dam się namówić,
Bo przygody takie mogą człeka zgubić.
Takoż mnie oczekuj u Ciebie w Niedzielę,
Będę na pewno, boś mym przyjacielem.
A przyjaźń należy szanować i cenić,
I myślę, że ty także zdanie to podzielisz.
30.03.2000
Seweryn Krzysztof Topczewski
 
 


 
czas....  
   
Stronę odwiedziło już 41859 odwiedzający (75168 wejścia) :)
Ta strona internetowa została utworzona bezpłatnie pod adresem Stronygratis.pl. Czy chcesz też mieć własną stronę internetową?
Darmowa rejestracja